Crimethinc.

Dlaczego nie stawiamy żądań

2015

    Notka od tłumacz(ek)y

    Dlaczego nie stawiamy żądań

      Stawianie żądań stawia cię w słabszej pozycji negocjacyjnej

      Ograniczanie ruchu do konkretnych żądań dławi różnorodność, przygotowując grunt pod jego porażkę

      Ograniczanie ruchu do konkretnych żądań podkopuje jego długotrwałość

      Ograniczanie ruchu do konkretnych żądań może sprawić mylne wrażenie, że istnieją łatwe rozwiązania problemów, które w rzeczywistości są niezwykle złożone

      Stawianie żądań zakłada, że chcesz rzeczy, których twoi przeciwnicy mogą ci dostarczyć

      Stawianie żądań władzom legitymizuje ich władzę, skupiając moc sprawczą w ich rękach

      Stawianie żądań zbyt wcześnie może z góry ograniczyć zasięg ruchu, zawężając zakres możliwości

      Stawianie żądań ugruntowuje rolę niektórych ludzi jako przedstawicieli ruchu, tworząc wewnętrzną hierarchię i zachętę do kontrolowania pozostałych uczestników ruchu

      Czasem najgorsze, co może przydarzyć się ruchowi, to spełnienie jego żądań

      Jeśli chcesz uzyskać ustępstwa, mierz poza cel

      Obchodzenie się bez żądań nie oznacza ustępowania z przestrzeni politycznego dyskursu

      Jeśli nie żądania, to co?

Notka od tłumacz(ek)y

Po oblężeniu przez prywatną firmę ochroniarską Ekotrade pisaliśmy, że "władzom (...) nie stawiamy żadnych postulatów"[1]. Fenomen nie-stawiania-żądań jest jednak o wiele szerszy, o czym traktuje tekst, którego tłumaczenie oddajemy wam do przeczytania.

Autorką jest post-lewicowa grupa CrimethInc, analizująca w nim właśnie ogólnoświatową tendencję bezżądaniowych ruchów i buntów przeciwko władzy. Jest interesujący i konkretny, więc stwierdziliśmy, że warto nim wzbogacić dyskusję na temat strategii.

Bardzo możliwe, że nie będzie to jedyny tekst, który dla was przetłumaczymy. Miłego czytania i do następnego!

P@ndemia

Dlaczego nie stawiamy żądań

Od Occupy po Ferguson, kiedy tylko powstaje nowy oddolny ruch, eksperci zarzucają mu, że nie stawia jasnych żądań. Dlaczego protestujący nie streszczą swoich celów w jednym spójnym programie? Dlaczego nie ma reprezentantów, którzy mogliby negocjować z władzami, by przepchnąć konkretną wizję drogami instytucjonalnymi? Dlaczego ruchy te nie mogą wyrażać się w znajomym języku z odpowiednią etykietą?

Często jest to po prostu nieszczera retoryka tych, którzy wolą, aby ruchy ograniczały się do grzecznych apeli. Kiedy zdążamy do wizji, której istnienia woleliby nie uznawać, oskarżają nas o nieracjonalność czy niespójność. Porównaj zeszłoroczny Marsz Klimatyczny (People’s Climate March), który zjednoczył 400 000 ludzi pod prostym przesłaniem, którzy robili jednocześnie na tyle mało, aby protestować, że władze nie musiały aresztować ani jednej osoby[2], z powstaniem w Baltimore w kwietniu 2015 roku. Wielu wychwalało Marsz Klimatyczny, w tym samym czasie wyśmiewając zamieszki w Baltimore jako irracjonalne, przesadne i nieskuteczne; a jednak Marsz Klimatyczny nie miał takiej siły uderzenia, podczas gdy zamieszki w Baltimore zmusiły prokuratora generalnego do wniesienia prawie bezprecedensowych oskarżeń wobec policjantów. Możesz być pewna, że gdyby 400 000 ludzi odpowiedziało na zmiany klimatyczne w ten sam sposób, w jaki parę tysięcy odpowiedziało na zabójstwo Freddie'go Gray'a, politycy zmieniliby swoje priorytety.

Nawet ci, którzy z najlepszymi intencjami żądają żądań, zazwyczaj mylnie postrzegają bezżądaniowość jako zaniedbanie, a nie strategiczny wybór. A jednak dzisiejsze bezżądaniowe ruchy nie są wyrazem politycznej niedojrzałości - są pragmatyczną odpowiedzią na impas charakteryzujący cały system polityczny.

Gdyby spełnianie żądań protestujących było dla władz takie proste, można by pomyśleć, że doświadczalibyśmy tego częściej. W rzeczywistości, od Obamy po Syrizę, nawet najbardziej idealistyczni politycy nie byli w stanie dotrzymać obietnic reform, które sprawiły, że zostali wybrani. To, że postawiono zarzuty zabójcom Freddie'go Gray'a po zamieszkach w Baltimore sugeruje, że jedynym sposobem na poczynienie jakichkolwiek postępów jest całkowite zerwanie z apelowaniem (w danej sprawie).

Tak więc problemem nie jest to, że dzisiejszym ruchom brakuje żądań; problemem jest polityka żądań sama w sobie. Jeśli dążymy do strukturalnej zmiany, musimy wykroczyć z naszą wizją poza dyskurs tych, którzy są u władzy, poza zakres działalności ich instytucji. Musimy zaprzestać prezentowania żądań i zacząć stawiać cele. Oto dlaczego.

Stawianie żądań stawia cię w słabszej pozycji negocjacyjnej

Nawet jeśli zamierzasz po prostu negocjować, osłabiasz swoją pozycję negocjacyjną przez sprecyzowanie już na samym początku minimum, które cię zadowoli. Żaden cwany negocjator nie zaczyna od ustępstw. Mądrzejszym jest wydawać się nieubłaganą: A więc chcesz dojść do porozumienia? Złóż nam ofertę. Będziemy w międzyczasie tutaj, blokując autostrady i podpalając rzeczy dookoła.

Nie ma potężniejszej karty przetargowej niż być w stanie, obchodząc oficjalne instytucje, samemu wprowadzić zmiany, których się pożąda - prawdziwe znaczenie akcji bezpośredniej. Kiedy tylko jesteśmy w stanie tego dokonać, władze wyrywają się, by zaproponować nam wszystko, czego wcześniej bezskutecznie żądaliśmy. Na przykład decyzja w sprawie Roe przeciwko Wade, która uczyniła aborcję legalną, pojawiła się dopiero po tym, jak grupy w rodzaju Kolektywu Jane stworzyły samorganizujące się sieci, które zapewniały przystępne cenowo aborcje dziesiątkom tysięcy kobiet.

Oczywiście ci, którzy mogą bezpośrednio wprowadzić zmiany, których pożądają, nie muszą nikomu stawiać żądań - i im wcześniej zdadzą sobie z tego sprawę, tym lepiej. Pamiętaj, jak ludzie w Bośni spalili rządowe budynki w lutym 2014 roku, a potem zwołali plena, by sformułować żądania wobec rządu. Rok później nie otrzymali nic za ich cierpienia prócz zarzutów kryminalnych, a rząd był po raz kolejny tak stabilny i skorumpowany jak zawsze.

Ograniczanie ruchu do konkretnych żądań dławi różnorodność, przygotowując grunt pod jego porażkę

Obiegowym poglądem jest, że ruchy potrzebują żądań by być spójne: bez żądań będą rozmyte, efemeryczne i nieskuteczne.

Jednak ludzie, którzy mają różne żądania, albo nie mają ich wcale, nadal mogą budować razem wspólną siłę. Jeśli rozumiemy ruchy jako przestrzenie dialogu, koordynacji i działań, łatwym jest wyobrazić sobie, jak jeden ruch może popierać różne wizje. Im bardziej horyzontalna jest struktura ruchu, tym sprawniej powinien on mieścić zróżnicowane cele.

Prawdą jest, że praktycznie wszystkie ruchy rozbijane są przez wewnętrzne konflikty o to, jak się kształtować i jak priorytetyzować swoje cele. Żądanie żądań powstaje zazwyczaj jako próba sił tych różnych frakcji w ruchu, które są najbardziej zaangażowane w panujących instytucjach, jako środek delegitymizujący tych, którzy chcą budować siłę autonomicznie a nie po prostu apelować do władz. Przeinacza to prawdziwe polityczne różnice i ukazuje je jako zwykłą dezorganizację, a prawdziwą opozycję do struktur rządu jako polityczną naiwność.

Zmuszenie różnorodnego ruchu do zredukowania swojej wizji do paru konkretnych żądań nieuniknienie umacnia władzę w rękach mniejszości. Bo kto decyduje, które żądania są ważniejsze od innych? Zazwyczaj jest to ten sam rodzaj ludzi, którzy posiadają niewspółmierną władzę w naszym społeczeństwie: zamożni, przeważnie biali profesjonaliści dobrze obeznani w funkcjonowaniu instytucjonalnej władzy i korporacyjnych mediów. Zmarginalizowani są ponownie marginalizowani w swoich własnych ruchach w imię efektywności.

Rzadko jednak skutkuje to zwiększeniem efektywności ruchu. Ruch zapewniający przestrzeń dla różnic może się rozwijać; ruch oparty na jednomyślności kurczy się. Ruch, który obejmuje rozmaite wizje jest elastyczny, nieprzewidywalny; trudno jest go przekupić, trudno nakłonić jego członków do zrezygnowania ze swojej autonomii w zamian za parę ustępstw. Ruch, który ceni redukcyjną jednolitość na pewno wyalienuje kolejne i kolejne grupy ludzi, jako że podporządkowuje sobie ich potrzeby i obawy.

Ruch, który łączy różne perspektywy i krytyki może rozwijać bardziej wszechstronne i wielopłaszczyznowe strategie w porównaniu do kampanii jednej sprawy. Zmuszanie każdego do ustawienia się w szeregu za jednym zbiorem żądań jest kiepską strategią: nie działa ona nawet wtedy, kiedy działa.

Ograniczanie ruchu do konkretnych żądań podkopuje jego długotrwałość

W dzisiejszych czasach, kiedy historia pędzi coraz szybciej i szybciej, żądania często stają się przestarzałe zanim w ogóle kampania ruszy z miejsca. W odpowiedzi na zabójstwo Michaela Browna reformiści domagali się, żeby policja nosiła kamery - zanim jednak kampania ta mogła w pełni wystartować, ława przysięgłych ogłosiła, że funkcjonariusz, który zabił Erica Garnera, również nie zostanie osądzony, mimo że zabójstwo Garnera zostało zarejestrowane przez kamerę.

Ruchy oparte na konkretnych żądaniach obumrą, jak tylko wypadki te żądania wyprzedzą, podczas gdy problemy do których się odnosiły nie ustępują. Nawet z reformistycznej perspektywy sensowniejszym jest budować ruchy wokół spraw, do których się odnoszą, niż jakiegoś konkretnego rozwiązania.

Ograniczanie ruchu do konkretnych żądań może sprawić mylne wrażenie, że istnieją łatwe rozwiązania problemów, które w rzeczywistości są niezwykle złożone

"OK, masz na na co narzekać - kto nie ma? Ale powiedz nam, jakie rozwiązanie sugerujesz?"

Żądanie konkretnych szczegółów jest zrozumiałe. Nie ma sensu jedynie rozładowywać emocji; chodzi o to, żeby zmienić świat. Ale do wprowadzenia istotnych zmian potrzeba będzie znacznie więcej niż drobne poprawki, które władze mogłyby ochoczo przyznać. Gdy to co mówimy sprawia wrażenie, jakby istniały proste rozwiązania problemów, z którymi się mierzymy, spiesząc by zaprezentować się jako nie mniej "praktyczni" niż eksperci w polityce rządu, przygotowujemy grunt pod porażkę, niezależnie od tego, czy nasze żądania zostaną spełnione czy nie. Da to początek rozczarowaniu i apatii na długo zanim rozwiniemy kolektywną zdolność dojścia do sedna sprawy.

Zwłaszcza dla tych z nas, którzy wierzą, że fundamentalnym problemem jest nierówna dystrybucja władzy i mocy sprawczej w naszym społeczeństwie, a nie potrzeba takiej czy innej korekty polityki rządowej, błędem jest obiecywać łatwe rozwiązania w czczej próbie legitymizacji (siebie). Naszym zadaniem nie jest przedstawianie gotowych rozwiązań, które masy mogą wychwalać z boku; zostawmy to demagogom. Naszym wyzwaniem jest raczej tworzyć przestrzenie, w których ludzie mogliby dyskutować i wdrażać rozwiązania bezpośrednio, na bieżąco i na kolektywnej zasadzie. Zamiast proponować szybkie poprawki, powinniśmy raczej rozprzestrzeniać nowe praktyki. Nie potrzeba nam schematów [blueprints] lecz punktów wyjścia.

Stawianie żądań zakłada, że chcesz rzeczy, których twoi przeciwnicy mogą ci dostarczyć

Wręcz przeciwnie, wątpliwym jest czy panujące instytucje mogłyby zapewnić większość rzeczy, których chcemy, nawet gdyby nasi przywódcy mieli serca ze złota. Żadna korporacyjna inicjatywa nie zatrzyma zmian klimatu; żadna agencja rządowa nie przestanie szpiegować ludności; żadne siły policyjne nie zniosą przywilejów białych. Tylko organizatorzy z NGO-sów nadal kurczowo trzymają się iluzji, że te rzeczy są możliwe - prawdopodobnie dlatego, że zależą od tego ich posady.

Wystarczająco silny ruch mógłby zadać cios zanieczyszczeniom przemysłowym, inwigilacji państwowej i zinstytucjalizowanej supremacji białych, ale tylko jeśli nie ograniczałby się do zwykłego apelowania do władz. Polityka oparta na żądaniach ogranicza cały zakres zmian do reform, które można wprowadzić zgodnie z logiką obecnego porządku, wykluczając nas i wiecznie odraczając realną zmianę gdzieś za horyzont.

Nie ma sensu prosić władz o rzeczy, których nie mogą dać i których nie dałyby gdyby mogły. Nie powinnyśmy też dawać im okazji do zdobycia jeszcze większej władzy niż obecnie mają, pod pretekstem, że potrzebują jej, by być w stanie spełnić nasze żdania.

Stawianie żądań władzom legitymizuje ich władzę, skupiając moc sprawczą w ich rękach

Dla organizacji non-profit i lewicowych koalicji wieloletnią tradycją jest przedstawiać żądania, o których wiedzą, że nigdy nie zostaną spełnione: nie najeżdżajcie Iraku, przestańcie wycofywać dofinansowania edukacji, ratujcie ludzi nie banki, zmuście policję, by przestała zabijać czarnoskórych. W zamian za krótkie audiencje u biurokratów, którzy odpowiadają przed znacznie sprytniejszymi graczami, rozwadniają swoje polityki i próbują przekonać swoich mniej posłusznych kolegów do odpowiedniego zachowania. To właśnie nazywają pragmatyzmem.

Reformy dostarczające krótkoterminowych zdobyczy często przygotowują grunt pod długoterminowe problemy.

Ten sam system sądowniczy, który zasądził o desegregacji, współcześnie doprowadził do uwięzienia milionów czarnych; ta sama Gwardia Narodowa, która nadzorowała integrację na Południu jest mobilizowana, aby represjonować demonstracje w Ferguson i Baltimore.

Nawet kiedy takie instytucje mogą być zmuszone do wypełnienia konkretnych żądań, legitymizuje to tylko narzędzia, które później mogą być wykorzystane przeciwko nam.

Takie wysiłki mogą nie zrealizować swego wyraźnego celu, ale coś jednak osiągają: formułuują narrację, w której istniejące instytucje są jedynym wyobrażalnym motorem zmiany. To z kolei toruje drogę kolejnym bezowocnym kampaniom, kolejnym wyborczym spektaklom, w których nowi kandydaci na urząd oszukują młodych idealistów, kolejnym latom paraliżu, podczas którego przeciętna osoba jest w stanie wyobrazić sobie skorzystanie ze swojej własnej mocy jedynie za pośrednictwem jakiejś partii politycznej czy organizacji. Przewiń taśmę i puść od początku.

Prawdziwe samostanowienie nie jest czymś, czym jakaś władza może nas obdarować. Musimy rozwinąć je działając w oparciu o naszą własną siłę, sytuując się w centrum narracji jako protagoniści historii.

Stawianie żądań zbyt wcześnie może z góry ograniczyć zasięg ruchu, zawężając zakres możliwości

Na początku ruchu, kiedy jego uczestnicy nie mieli jeszcze szansy poczuć swojej kolektywnej mocy, mogą nie zdawać sobie sprawy z tego jak gruntowne są zmiany, których chcą. Opracowanie żądań w tym punkcie trajektorii ruchu może go spowolnić, ograniczając ambicje i wyobraźnię uczestników. Podobnie, stworzenie na samym początku precedensu zawężania czy rozmywania jego celów zwiększa tylko prawdopodobieństwo, że będzie się to działo raz za razem.

Wyobraź sobie, że ruch Occupy na samym początku zgodził się co do konkretnych żądań - czy nadal służyłby jako otwarta przestrzeń, w której tak wielu ludzi mogło się spotykać, rozwinąć swoją analizę i się zradykalizować? A może skończyłby jako jeden protestujący obóz zajmujący się jedynie korporacyjnym kolesiostwem, cięciami budżetowymi i być może Rezerwą Federalną? Lepiej żeby cele ruchu rozwijały się wraz ruchem, proporcjonalnie do jego możliwości.

Stawianie żądań ugruntowuje rolę niektórych ludzi jako przedstawicieli ruchu, tworząc wewnętrzną hierarchię i zachętę do kontrolowania pozostałych uczestników ruchu

W praktyce, jednoczenie ruchu pod konkretnymi żądaniami oznacza zazwyczaj wyznaczanie przedstawicieli do negocjacji w jego imieniu. Nawet jeśli są oni wybrani „demokratycznie” na podstawie ich zaangażowania i doświadczenia, nie mogą nic poradzić na to, że w konsekwencji pełnienia tej roli rozwiną inne zainteresowania niż pozostali uczestnicy.

By utrzymać swoją wiarygodność w roli negocjatorów, przedstawiciele muszą umieć spacyfikować lub odizolować każdego, kto nie jest gotów zgodzić się z umowami, które zawierają. Daje to aspirującym liderom zachętę do okazywania, że umieją rządzić w ruchu, w nadziei, że zasłużą na miejsce przy negocjacyjnym stole. Te same odważne dusze, których bezkompromisowe działania najpierw zapewniły ruchowi jego przewagę, nagle trafiają na aktywistę karierowicza, który dołącza później i mówi im, co mają robić - albo zaprzecza, że w ogóle są częścią ruchu. Ten dramat rozegrał się w Ferguson w sierpniu 2014 roku, gdzie lokalsi, którzy zainicjowali ruch przez postawienie się policji, zostali oczernieni przez polityków i osoby publiczne jako obcy, którzy wykorzystali ruch do zaangażowania się w działalność przestępczą. Stało się dokładnie na odwrót: obcy dążyli do przejęcia kontroli nad ruchem zainicjowanym przez honorową działalność nielegalną, by ponownie legitymizować instytucje władzy.

Na dłuższą metę, taki rodzaj pacyfikacji może doprowadzić jedynie do upadku ruchu. Wyjaśnia to niejednoznaczną relację pomiędzy większością liderów a ruchami, które reprezentują: by być użytecznym dla władz, muszą być w stanie podporządkować sobie swoich towarzyszy; jednak ich usługi nie byłyby w ogóle potrzebne gdyby ruch nie stanowił jakiegoś rodzaju zagrożenia. Stąd dziwna domieszka bojowej retoryki i praktycznej powściągliwości, która często charakteryzuje takie postacie: muszą dać się ponieść burzy, jednocześnie trzymając ją na dystans.

Czasem najgorsze, co może przydarzyć się ruchowi, to spełnienie jego żądań

Reformy służą stabilizacji i zachowaniu statusu quo, wyhamowując impet ruchów społecznych i zapewniając, że nie zostanie wprowadzona żadna gruntowna zmiana. Spełnianie drobnych żądań może służyć do podzielenia silnego ruchu, przekonując mniej poświęconych członków do powrotu do domu czy przymknięcia oka na represje tych, którzy nie pójdą na kompromis. Do takich małych zwycięstw dopuszcza się jedynie dlatego, że władze uważają je za najlepszy sposób na uniknięcie większych zmian.

W czasach zamętu, kiedy do zgarnięcia jest wszystko, jednym ze sposobów na rozbrojenie kiełkującego buntu jest spełnienie jego żądań zanim zdąży się nasilić. Czasem przypomina to prawdziwe zwycięstwo - jak w Słowenii w 2013 roku, kiedy dwa miesiące protestów obaliły naczelny rząd. Kładzie to kres niepokojom zanim mogłyby odnieść się do wywołujących je problemów systemowych, które je wywołują i które są znacznie głębsze niż to, jacy politycy zajmują jakie stanowiska. Do władzy doszedł kolejny rząd, w trakcie gdy demonstrujący nadal byli oszołomieni swoim sukcesem - a biznes jak zwykle wznowiono.

W czasie preludium do rewolucji w Egipcie z 2011 roku, Mubarak raz za razem oferował to, czego demonstrujący żądali kilka dni wcześniej; ale jak sytuacja na ulicach się nasilała, uczestnicy stawali się coraz bardziej nieubłagani. Gdyby Mubarak zaoferował więcej, wcześniej, może do dziś pozostałby przy władzy. W rzeczy samej, rewolucja egipska ostatecznie upadła, nie dlatego że domagała się za dużo, ale dlatego, że nie poszła wystarczająco daleko: obalając dyktatora lecz zostawiając infrastrukturę wojska i "głębokie państwo" w spokoju, rewolucjoniści zostawili otwarte drzwi do umocnienia władzy przez nowych despotów. By rewolucja mogła odnieść sukces, musieliby wyburzyć architekturę samego państwa, podczas gdy wszyscy nadal byli na ulicach a okno możliwości pozostawało otwarte. „Ludzie żądają upadku reżimu” oferowało wygodną platformę dla większośći Egipcjan by sie zjednoczyć, ale nie przygotowało ich na reżimy, które nadeszły później.

W Brazylii w 2013 roku MPL (Movimento Passe Livre) pomógł wywołać ogromne protesty przeciwko wzrostom kosztów transportu publicznego; jest to jeden z zaledwie kilku niedawnych przykładów ruchów, którego żądania zostały spełnione. Miliony ludzi wyszło na ulice i dwudziestocentowa opłata została zdjęta. Brazylijscy aktywiści pisali i pouczali o konieczności ustanowienia konkretnych i osiągalnych celów, by zbudować impet dzięki stopniowym zwycięstwom. Następnie mieli nadzieję zmusić rząd do ustanowienia całkowicie darmowego transportu publicznego.

Dlaczego ich kampania przeciw skokowi opłat odniosła sukces? W tamtym czasie Brazylia była jednym z nielicznych krajów na świecie z przodującą gospodarką; czerpała korzyści ze światowego kryzysu ekonomicznego przez wycofywanie inwestycyjnych środków ze zmiennego północnoamerykańskiego rynku. Wszędzie indziej - w Grecji, Hiszpanii, a nawet Stanach Zjednoczonych - rządy były zapędzone w kozi róg nie mniej niż protestujący przeciwko biedzie ekonomicznej, i nie mogły spełnić ich żądań nawet gdyby chciały. To nie z powodu braku konkretnych żądań żaden inny ruch nie był w stanie osiągnąć takich ustępstw.

Zaledwie póltora roku później, kiedy ulice opustoszały a policja wzmocniła swoją władzę, brazylijski rząd wprowadził kolejny zestaw opłat za komunikację - tym razem wyższych. MPL musiał zacząć wszystko od nowa. Okazuje się, że nie możesz obalić kapitalizmu jedną reformą na raz.

Jeśli chcesz uzyskać ustępstwa, mierz poza cel

Nawet jeśli jedyne, czego chcesz, to doprowadzić do kilku drobnych zmian w statusie quo, nadal rozsądniejszą strategią jest podjąć się realizacji strukturalnych zmian. Często, by osiągnąć małe konkretne cele, musimy mierzyć znacznie wyżej. Ci, którzy sprzeciwiają się pójściu na kompromis, stanowią dla władz niepożądaną alternatywą w porównaniu do pertraktowania z reformistami. Ktoś zawsze będzie chętny by zająć stanowisko negocjatora - ale im silniej ludzie się sprzecwiają, tym mocniejsza będzie pozycja przetargowa negocjatora. Klasycznym punktem odniesienia jest tu relacja Martina Luthera Kinga Juniora z Malcolmem X: gdyby nie zagrożenie stawiane przez Malcolma X, władze nie miałyby takiej motywacji do pertraktowania z Dr. Kingiem.

Ci z nas, którzy chcą prawdziwie radykalnej zmiany, niczego nie zyskają przez rozwadnianie swoich pragnień dla użytku publicznego. Okno Overtona - zakres możliwości uważany za politycznie realny - nie jest określone przez tych w rzekomym centrum politycznego spektrum, ale przez outsajderów. Im szersze rozmieszczenie opcji tym więcej przetrzeni się otwiera. Pozostali może nie od razu dołączą do ciebie na obrzeżach, ale wiedza o tym, że jacyś ludzie są chętni przyjąć tę wizję, może ośmielić ich samych do bardziej ambitnych działań.

W czysto pragmatycznym sensie ci, którzy akceptują różnorodność taktyk, są silniejsi, nawet gdy chodzi o małe zwycięstwa, niż ci, którzy próbują ograniczyć siebie i innych, oraz wykluczyć tych, którzy odmawiają bycia ograniczanymi. Z drugiej strony, z punktu widzenia długoterminowej strategii, najważniejszą rzeczą nie jest to, czy osiągamy jakiś konkretny natychmiastowy efekt, ale to, jak każde zaangażowanie stawia nas do kolejnej rundy. Jeśli bez końca będziemy odraczać pytania, które naprawdę chcemy zadać, właściwy moment nigdy nie nadejdzie. Nie możemy jedynie wygrać ustępstw; musimy rozwinąć swoje możliwości.

Obchodzenie się bez żądań nie oznacza ustępowania z przestrzeni politycznego dyskursu

Być może najbardziej przekonującym argumentem za stawianiem konkretnych żądań jest to, że jeśli ich nie postawimy, zrobią to inni - przejmując kontrolę nad impetem naszego organizowania by zrealizować własne wizje. Co gdyby przez nasze zaniedbanie w stawianiu żądań, ludzie umocnią się wokół liberalnej reformistycznej platformy - lub, jak obecnie w wielu częściach Europy, wokół prawicowej nacjonalistycznej wizji?

Z pewnością ilustruje to niebezpieczeństwo jakie niesie ze sobą niepowodzenie w przedstawieniu naszych wizji transformacji tym, z którymi dzielimy ulice. Błędem jest eskalowanie naszych taktyk bez informowania o naszych celach, jak gdyby wszelka konfrontacja bezwzględnie zmierzała w kierunku wyzwolenia. Na Ukrainie, gdzie te same napięcia i tempo, które zrodziły Arabską Wiosnę i Occupy, doprowadziły do nacjonalistycznej rewolucji i wojny domowej, widzimy, jak nawet faszyści są w stanie przywłaszczyć sobie nasze organizacyjne i taktyczne modele dla swoich własnych celów.

Jednak z pewnością nie jest to argument za skierowaniem swoich żądań do władz. Wręcz przeciwnie, jeśli zawsze będziemy ukrywać nasze radykalne pragnienia w powszechnym reformistycznym froncie ze strachu przed wyalienowania ogółu społeczeństwa, ci, którzy nie mogą doczekać się prawdziwej zmiany, będą bardziej skłonni wpaść w ramiona nacjonalistów i faszystów, jako jedynych otwarcie chętnych do kwestionowania statusu quo. Musimy być jednoznaczni co do tego, jak chcemy i jak zamierzamy to osiągnąć. Nie aby narzucić wszystkim naszą metodologię, jak robią autorytarni organizatorzy, ale by zaproponować możliwość i przykład wszystkim pozostałym, którzy szukają rozwiązania. Nie żeby prezentować żądania, a dlatego, że jest to przeciwieństwo żądania: chcemy samostanowienia, czegoś, czego nikt nie może nam dać.

Jeśli nie żądania, to co?

Sposób, w jaki analizujemy, jak się organizujemy, jak walczymy – to powinno mówić samo za siebie. Powinno służyć jako zaproszenie do dołączenia do nas w uprawianiu polityki w inny sposób - polegający na działaniach bezpośrednich, raczej niż apelowaniu. Ludzie z Ferguson i Baltimore, którzy na zabójstwa Michaela Browna i Freddie'go Gray'a zareagowali fizyczną konrontacją z policją, zrobili więcej dla zwrócenia uwagi na przemoc policji niż dekady błagania o społeczny nadzór. Przejmując przestrzenie i redystrybuując zasoby, omijamy bezsensownie okrężną maszynerię reprezentacji. Jeśli już musimy wysłać władzom jakąś wiadomość, niech będzie to to pojedyncze, proste żądanie: Nie zadzierajcie z nami.

Zamiast stawiać żądania, zacznijmy stawiać cele. Różnica polega na tym, że cele stawiamy na naszych własnych warunkach, w naszym własnym tempie, kiedy powstają ku temu możliwości. Nie muszą być formułowane zgodnie z logiką panujących władz, a ich realizacja nie zależy od ich dobrej woli. Esencją reforizmu jest to, że nawet jeśli coś wygrywasz, nie zachowujesz nad tym kontroli. Powinniśmy rozwijać siłę do działania na naszych własnych zasadach, niezależnych od instutucji, z którymi się mierzymy. Jest to zarówno projekt długoterminowy jak i naglący.

W osiąganiu i dążeniu do celów, rozwijamy zdolność do poszukiwania coraz bardziej ambitnych dążeń. Kontrastuje to jawnie z tym, jaką tendencję do upadku mają reformistyczne ruchy, kiedy ich żądania zostają spełnione lub obnażone jako nierealne. Nasze ruchy będą silniejsze, jeśli pomieszczą różnorodne cele, pod warunkiem, że te nie będą otwarcie ze sobą sprzeczne. Kiedy rozumiemy wzajemne swoje cele, możliwym jest rozpoznanie, gdzie sensownie jest współpracować, a gdzie nie – jest to rodzaj przejrzystości, który nie wynika z ustawiania się za żądaniem najmniejszego wspólnego mianownika.

Z tego punktu widzenia widzimy, że decydowanie się na nie stawianie żądań niekoniecznie jest oznaką politycznej niedojrzałośći. Wręcz przeciwnie, może być to cwana odmowa wpadnięcia w pułapki, które unieruchomiły poprzednie pokolenie. Nauczmy się swojej własnej siły, poza klatkami i kolejkami polityki reprezentacyjnej - poza polityką żądań.

“Być może jednak morał historii (i nadzieja dla świata) leży w tym, czego oczekuje się nie od innych, a od siebie

James Baldwin, No Name in the Street

[1] Dystopia już tu jest - pozostaje jedynie z nią walczyć

[2] Kiedy ostatnio 400 000 ludzi było gdziekolwiek w Nowym Jorku bez jakichkolwiek aresztowań przez policję? Protest ten nie tylko był zaworem bezpieczeństwa, ale aktywną pacyfikacją - sposobem zmniejszenia tarcia pomiędzy protestującymi a porządkiem, któremu się sprzeciwiają.


tłum. z https://crimethinc.com/2015/05/05/feature-why-we-dont-make-demands